Nie czuję, żebym miała więcej obowiązków niż zwykle. Lub żebym wylosowała jakoś szczególnie trudne życie w ciężkich czasach i złym kraju. Wręcz przeciwnie, trafiłam w okienko czasoprzestrzeni człowieka z problemami pierwszego świata. Owszem, to czasy perma-poli-kryzysów, ale kultywując różne formy wyparcia, jakoś idzie żyć w tym płonącym świecie.
Ostatnio jednak uświadomiłam sobie własną ociężałość i wolniejsze ruchy. Zaczęły mi ciążyć setki przyklejających się do mnie cyfrowych atrakcji i aplikacji, możliwości i promocji, punktów zbieranych po nic, reakcji, rolek, komentarzy. Dopaminowych, cyfrowych lepkich bytów i powinności, które trzeba kliknąć, odhaczyć, usunąć. Kolonizują moją codzienność jak te brzydkie banery przydrożny krajobraz. Wulkanizacja, płytki dachowe, trzecie zęby, nie chcesz ich widzieć, ale automatycznie czytasz.
I ta ociężałość to nie jest nowy stan – żyję tak przecież od lat. Chodzi mi raczej o to, że trafiłam na opowieści, które zaczęły to nazywać, a przez co tę lepkość zaczęłam mocniej odczuwać.
W końcu każdy, kto umie już nazwać swój problem wie, że od tego wcale nie robi się lżej. Wręcz jakby kurczę przeciwnie. Bo trzeba się z tym zmierzyć albo aktywnie, albo biernie, wymyślając wyparcie. Więc i ja się czuję teraz rozbita. Na rozstaju – czy zacząć odklejać od siebie te lepkie śmieciowe drobiny. Czy z tą lepkością żyć dalej twierdząc, że jest słodko i inaczej się nie da.
Nie sądzę, że ten stan jest subiektywny. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tej kleistej ociężałości. Czuje permanentne przebodźcowanie. I zamiast mieć więcej czasu dzięki wszystkim udogodnieniom, czuje, że goni w piętkę.
Nie antycypuję jednak z tego powodu buntu mas. Ale już częstsze pojawianie się jej w narracjach osobistych i narracjach marek jak najbardziej. I mówię zarówno o tych wysublimowanych przekazach jak i markach, które na potrzebę lekkości będą chciały odpowiedzieć kolejną lepkością – aplikacją, powiadomieniem albo chociaż matą lub świeczką.
Zostawiam Wam kilka inspiracji, jeśli ten temat jest dla Was lepki.
I HAŁAS, Małgorzata Halber
Tak zaczyna się “Hałas” Małgorzaty Halber, eklektyczna, erudycyjna i pełna chaosu opowieść o życiu w czasach przeciążenia. Gdy sięgamy po telefon, aby coś sprawdzić, a po godzinie odkładamy, nie pamiętając, o co nam chodziło. Opowieść o tym, jak social media i smartfony dały nam moc bilokacji – wchodzenia w interakcje niemożliwe w rzeczywistości materialnej, do których nasz umysł jest zupełnie nieprzystosowany. I o tym, jak bardzo jest to powtarzalne i męczące. Forma książki jest jak strumień świadomości, porozrywany, rozdygotany, męczący. Forma i treść mówią dokładnie to samo. Że ktoś nam zabrał spokój, a zostawił hałas. Bardzo polecam. Uważam wręcz, że to jedna z lepszych książek filozoficznych na ten temat w Polsce.
II LEPKOŚĆ, GĘSTOŚĆ, PRZYCZEPNOŚĆ
Z Semiofestu wzięłam sobie lepkość do opisu swojej sytuacji. Bardzo dobrze nazywa rzeczywistość, w której zamiast rzeki możliwości mamy gęsty i przyjemny jak miód lep. Ze wszystkimi udogodnieniami, ale i opresjami, powinnościami płynącymi z social mediów, dyktaturą like’ów, pod którą tworzymy rolki, ale też pod którą optymalizujemy twarze i ciała, algorytmami podbijającymi polaryzujące treści i stojącymi za nimi gargantuicznymi biznesami potężnych ludzi. Nawet ich żony z wielkimi dekoltami i wypełnionymi ustami są do mnie przyklejone.
Używając terminu lepkości mam na myśli stan, w którym scrollowanie Instagrama „for fun” na przestrzeni czasu stało się oklejone komunikatami, których nie potrzebuję, które oblepiają mi własny punkt widzenia, a głębiej – własną tożsamość (dlaczego do cholery muszę zastanawiać się nad botoxem?!).
Slajd od Henryka Klawe z pobudzającej prezentacji Viscosity in Design. Friction vs habit. Semiofest Warsaw 2026.
Ale opresja optymalizacji, czyli internetowe zjawisko maxxingu, które ma cały wachlarz odmian – od dążenia do idealnego wyglądu #looks-maxxingu, poprzez maxxing proteinowej diety #protein-maxxing, po osiąganie długowieczności #longevity-maxxing ma już swoje zaprzeczenie. Jest nim wprowadzanie w swoje życie spowolnienia #slow-maxxing czy wręcz nic nie robienia #nothing-maxxing.
Każde z tych pojęć jest trochę o czym innym, ale wszystkie są przeciwko hiper produktywności i w jakiś sposób są podjęciem walki z kleistością internetowych presji, powinności i bodźców.
Ale oprócz tego „mniej”/”less” pojawia się także coś ciekawszego – mianowicie ma być trudniej, ma być opór. Friction-maxxing to praktyka polegająca na celowym wybieraniu mniej wygodnych opcji w codziennym życiu, aby zwiększyć tolerancję na dyskomfort, przeciwstawić się ułatwieniom wynikającym z technologii oraz zachować to, co zwolennicy określają jako wartościowe doświadczenia ludzkie. Termin ten został ukuty przez felietonistkę Kathryn Jezer-Morton w styczniowym eseju z 2026 roku dla The Cut. Termin na tyle „trendował”, że przyniósł autorce dziesiątki wywiadów i stronę na Wikipedii.
Innymi słowy chodzi o „utrudnianie” sobie życia, aby było… No właśnie, jakie?
Niecyfrowe? Takie jak kiedyś? Bardziej ludzkie?
A może opór to też zgoda na nudę. A raczej wysiłek, aby nas dopadła? Czy nie sądzicie, że leżenie na kanapie i nic nie robienie, bez scrollowania jest dziś bardzo trudne? Bo to leżenie jest oporem wobec wszystkiego, co chce opanować naszą uwagę.
Kiedyś mówiło się, że inteligentny człowiek się nie nudzi. Dzisiaj trudno się nudzić mając telefon w ręku, ale jakoś nie przybyło nam inteligencji od muskania ekranu kciukiem. Lub wskazującym, zależnie od wieku.
Potrzeba zwolnienia i ucieczki jest stara jak świat, ale w „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady” AD 2026 kryje się ucieczka przed czymś innym. Przed cyfrowością w doświadczenie realne, haptyczne, materialne, wymagające wysiłku fizycznego, a jednocześnie pozwalającego na przepływ WŁASNYCH myśli.
Medicine z kolekcją bieszczadzką: Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady. I skompletuj look.
Paweł Pawlikowski – reżyser właśnie granej w kinach Ojczyzny powiedział w wywiadzie “Rzadko wychodzę na plan. Muszę mieć czas, aby czuć, myśleć, czytać, obserwować”. Taco radził „Snuj się” w video nagranym dla fanów. Na mnie dobrze działa długie obieranie warzyw, ale Oscara ani wypełnionego stadionu na tej poradzie nie osiągniecie.
Myślę też o naszej pracy – czy mamy w niej czas na to, aby myśleć, wracać, skreślać, poczekać aż raport, koncept, kreacja się w nas ułoży? Jeśli tak, to pracujemy w luksusie.
Moja lista byłaby trochę inna, Twoja pewnie też. Ale nie chodzi o licytacje na wartości. Bardziej o zdanie sobie sprawy, co na tej liście jest, odklejenie od siebie tego, co ciąży i oddanie im swojej uwagi. Może wtedy zastąpimy nieznośną lepkość bytu jakąś nową formą lekkości. Do dawnej na pewno nie ma powrotu.