W lutym przyspieszone tętno Chin zwalnia. Fabryki obfitości i tanio dostępnego nadmiaru zatrzymują się, a ich pracowici, a raczej – zatyrani pracownicy wracają na kilka tygodni do domów. Ten masowy powrót w rodzinne strony, a potem do miejsc pracy to największa coroczna migracja ludności na świecie.
CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Około czterdzieści dni obejmujących podróże, celebracje i pobyt w domu jest związany z Chińskim Nowym Rokiem, czyli Świętem Wiosny. Jest w tym okresie jakieś podobieństwo do naszego okresu Bożego Narodzenia i Nowego Roku, polegające na tym, że ludzie wracają w swoje strony na dłużej. Tylko, że chińskie podobieństwa mają zdecydowanie inną skalę. U nas robi się luźniej w podziemnych garażach nowych osiedli w kilku dużych miastach i da się usiąść w komunikacji miejskiej. W Chinach mówimy natomiast o setkach milionów ludzi opuszczających miasta, w których pracują i powracających do swojego homelandu. W tym roku chińskie koleje w lutym mają obsłużyć 539 mln przejazdów i oczywiście pobić rekord przejazdów sprzed roku.

Ludzie z wielkich miast wracają na chińską prowincję do mniejszych miast, miasteczek i wiosek. Tam spotykają swoje dzieci (czasem jedyny raz w ciągu roku) i rodziców, którzy te dzieci wychowują. W metropoliach i konurbacjach, jak np. w obszarze delty Rzeki Perłowej, obejmującym m. in. Shenzhen, Dongguan i Guangzhou, zamieszkiwanym przez ponad 100 mln mieszkańców, biznes produkcyjny zamiera, a ten biurowy przestawia się na zwolnione obroty.
Dlaczego w ogóle chcę Wam pisać o Chinach?
Bo są wszędzie i nie możemy od nich oderwać wzroku!
Od lat na geopolitycznym i gospodarczym tapecie świata a obecnie coraz częściej na językach wszystkich, zarówno tych, którzy prześnili ich rewolucję, jak i świadomych jej obserwatorów. Niezależnie więc, czy nas to dziwi czy nie: Chiny są wszędzie. Militarnie bratają się z kim chcą, produkują i wysyłają nam wszystko – od czapeczek na nos po elektryczne samochody w nowej kategorii cenowej “extreme value for money”, a my coraz bardziej lubimy ich dziwny vibe (Labubu, shortdramy, gry video). Nawet na scenę Insummit weszły z impetem, zajmując od razu całą sesję Made in China. Co więcej, dwa najwyżej ocenione wystąpienia także dotyczyły chińskości.
Bezpośrednią inspiracją do podjęcia tematu była zaś moja wakacyjna podróż do Chin. Kierunek planowany od lat ze względu na zawodowe powiązania męża, stał się zdecydowanie łatwiejszy, bo od 2024 roku można odwiedzić Chiny bez wizy. To zresztą także nieprzypadkowe posunięcie chińskiej partii, bo otwartość Chin na turystów i influencerów z Zachodu takich jak IShowSpeed (50,8 mln subskrybentów na YT) pomaga rosnąć chińskiemu PR-owi.
Miękka siła twardego państwa
W styczniu podczas Forum Ekonomicznego w Davos miała miejsce premiera najnowszego raportu Global Soft Power Index 2026, czyli najprościej mówiąc rankingu sympatii świata dla danego kraju, badanego wśród 150 tys.respondentów.
Na pierwszym miejscu jeszcze utrzymują się Stany Zjednoczone, tracąc jednak na niemal wszystkich wskaźnikach (w tle słychać “jak do tego doszło – nie wiem”). Chiny natomiast zajmują, depcząc Stanom po piętach, miejsce drugie, na które wskoczyły już rok temu. To bardzo duży skok, bo jeszcze pięć lat temu, rok po Wuhan i pandemii były na miejscu ósmym.
Copyright © 2026 Brand Finance. All rights reserved.
Nie dziwi mnie ta zmiana, bo zapaść się miękko w chińskiej soft power niczym w futerko pandy jest łatwo. Przyznaję, że ja także łatwo uległam ich “aurze” (celowo unikam słowa “urok”, bo trudno je zestawić z reżimem, cenzurą, niszczeniem mniejszości, Tajwanem, itd…). Aurze, która zadziwia, przestrasza, męczy i fascynuje. Zastanawiałam się, co mogłabym Wam z tego przekazać. Odpowiedź otrzymałam w ciasteczku z wróżbą. Pokraczną, źle wydrukowaną, być może z Temu, mądrą mądrością ciasteczka: “Daj im to, co oni bardzo lubić: napięcia, niepokoje i historia od ludzi, bo gdy spokój ucieka, ciekawość zawsze wraca.”

No to proszę. Oto historie napięć. Nie uwierzycie, ale rozmach tychże jest jak wszystko co chińskie: przeskalowany, przyspieszony i największy na świecie!

Awans społeczny w wersji turbo
Na przykład taki awans społeczny równoległy do gospodarczego. Sam koncept rozwoju gospodarczego – który odbywa się dzięki pracy ludzi, przenoszących się za pracą z prowincji do miast i zmieniających w związku z tym swoje zwyczaje, aspiracje czy klasy społeczne – znamy przecież z europejskiego, a w wydaniu socjalistycznym – polskiego podwórka. Dziadkowie czy rodzice ze wsi nie są czymś niezwykłym w naszym społeczeństwie.
W wydaniu chińskim, którego dotknęłam osobiście ten awans był rozwarstwiony pomiędzy przedstawicielem sprzedaży średniej wielkości fabryki urządzeń elektronicznych, delegowanym do handlu z europejskimi firmami a jego mamą z głębokiej prowincji. Jason (anglojęzyczne imiona np. Alex, Lucy, Eric, ale też Federrrer – pisownia oryginalna z wizytówki – są m.in. przyjmowane do pracy w handlu i w naszych rozmowach też ich używaliśmy) to ujmujący swoją prostolinijnością trzydziestolatek, spodziewający się z żoną na dniach pierwszego dziecka. Podczas naszej rozmowy nie znał jeszcze jego płci*, bo prawo zabrania lekarzom podawania tej informacji rodzicom, aby ograniczyć aborcję selektywną dziewczynek – spadek po procederze choć formalnie zakazanym, to popularnym w czasach polityki jednego dziecka.
Jason i jego mama: między tradycją a nowoczesnością
Jason ma wyższe wykształcenie, porozumiewa się po angielsku – a to znajomość wcale nie powszechna – i jeździ drogim samochodem. Podczas kolacji opowiada nam o swojej mamie, którą planuje przywieźć z rodzinnej wioski oddalonej 1000 km od Guangzhou, aby zajęła się jego ukochaną żoną po porodzie. Bo chińska żona w połogu dosłownie ma zajmować się tylko dwiema czynnościami – regeneracją samej siebie i karmieniem dziecka. Uuuu, fajne – myślę sobie, głowiąc się, gdzie jako Europejki popełniłyśmy błąd. Haczyk jednak polega na tym, że jego mama zostanie z nimi na lata, aby zajmować się dzieckiem, gdy oni będą pracować. Ale Jason na razie nie widzi problemu we wspólnym życiu młodych z mamą/teściową (wspominałam, że jest prostolinijny, prawda?). Martwi się bardziej tym, że jego pięćdziesięciokilkuletnia mama nie umie czytać i nie wie, jak poradzi sobie w jednym z największych miast chińskich o populacji ponad 18,5 mln mieszkańców…
Czy to historia reprezentatywna? Nie mam pojęcia. To raczej historia, którą miałam okazję usłyszeć. A jest ich setki milionów, bo jak ostatnio usłyszałam z ust ekspertów od Chin, awans społeczny ostatnich dwóch dekad dotyczy „od 400 do 500 milionów Chińczyków”. Tak, dobrze czytacie – podając szacunki można pomylić się o 100 mln ludzi. To są Chiny i jak się domyślacie, pewnie nie jest łatwo zmierzyć wszystko dokładnie, zwłaszcza klasę średnią. Choć ja bym dodała z naszego podwórka – łatwo jest podważyć jakiekolwiek szacunki, jeśli nie są oparte na twardych danych. A szacuje się, że od początków lat dwutysięcznych klasa średnia, do której Jason dziś należy urosła z 3% do ponad 50% w ciągu dwóch dekad (dane Pew Research Center, na które często powołują się media).
Denis i jego córki: przywilej, który daje wybór
Ale miałam też okazję poznać Denisa, który jest emerytowanym profesorem, łącznikiem pomiędzy światem biznesu, uczelni i szerokich, także partyjnych znajomości, biegle mówiącym po angielsku. Na kolacji, na którą nas zaprosił było kilkanaście osób. Niektóre nie znały się wcześniej a nawet nie mówiły w tym samym dialekcie.

Nie mam pojęcia, kim byli rodzice Denisa. Natomiast jego pozycja była wysoka a światopogląd szeroki. Wnoszę po tym, że ma dwie córki, a każda z nich studiuje w dziedzinie innej niż ojciec na uczelniach w Kanadzie i Stanach. I w każdej części tego zdania, kryje się wysoki status Denisa. O ile studia za granicą są łatwe do rozkodowania (musi mieć na to pieniądze, dzieci muszą znać biegle angielski i być dobrze wyedukowane), o tyle posiadanie dwójki dzieci w czasach obowiązywania polityki jednego (zniesionej w 2016 roku), do tego o nie preferowanej płci kryje w sobie pewnie ciekawą historię, której nie dane było mi poznać. Bo na pewno o Denisie nie mogłabym napisać, że był prostolinijny jak Jason i opowiadał otwarcie co leży mu na sercu. Natomiast pokolacyjny nastrój wydobył z niego rzewny komentarz do życiowych ścieżek niezależnych córek: Magda, what can I do?! They do what they want!

Młode Chinki: niezależność, która nie mieści się w planach państwa
Córki Denisa są niewątpliwie uprzywilejowane i trudno porównywać je do większości młodych kobiet w Chinach, zwłaszcza, że teraz jeszcze nasiąkną zachodnim feminizmem. Ale chiński feminizm też rozwija się mimo ograniczeń ideologicznych, zasilany rosnącą niezależnością ekonomiczną kobiet. To stawia państwo w trudnej sytuacji, bo Chiny zmagają się z bardzo niską dzietnością – będącą skutkiem wieloletniej polityki jednego dziecka oraz aborcji selektywnych ze względu na płeć. Doprowadziło to nie tylko do spadku liczby urodzeń, ale też do niedoboru kobiet, które mogłyby mieć dzieci. Dodatkowo, wiele z nich po prostu nie chce dla siebie takiej roli. Tradycyjne małżeństwo, w którym rola mężczyzny jest dominująca (a nierzadko przez to przemocowa) przestaje być jedyną ścieżką życiową. Młode kobiety widzą swoje życie nie tylko u boku mężczyzn.
A co z pokoleniem ich mam, wychowanych w tradycyjnie rozumianych rolach?
One mają także swoje ikony.
Śmiech przez łzy, czyli kobiecy stand-up
Fan Chunli to najgorętsza postać na scenie stand-uperskiej w roku 2025. Swoją karierę, u progu pięćdziesiątki, zaczęła w minione lato i do tego trochę przypadkiem. Sama wybrała się pierwszy raz na stand-up i była jedną z wielu osób z publiczności zaczepionych przez gospodynię show; jej rozmowa była tak zabawna, że została zachęcona do tego, aby sama spróbowała zarabiać poprzez występy. Scenka z jej udziałem stała się viralem, a Director Fang (pseudonim artystki) naprawdę wzięła się za rozśmieszanie innych, głównie kobiet. Jej występy słyną z tego, że dotyczą jej życiowych doświadczeń, w tym zaaranżowanego w młodości przemocowego małżeństwa, po którym ma dosłowne i przenośne blizny. Oraz rozwód – nieoczywisty akt odwagi w tradycyjnej społeczności, w której Fan Chunli żyje. Na jej występach kobiety śmieją się głośno i tak samo głośno płaczą, znajdując w jej doświadczeniach swoje własne.
Fan Chunli, czyli Director Fang. Jej pseudonim to efekt pierwszego debiutu podczas interaktywnej części stand-upu, na którym sama była częścią publiczności. Gdy została poproszona o przedstawienie się, żartobliwie powiedziała, że jest „dyrektorką centrum informacyjnego w swojej wiosce”, co znaczyło, że jest wiejską plotkarą.

Stand-up staje się zresztą bardzo ciekawą dziedziną chińskiego przemysłu rozrywkowego dzięki rosnącej popularności programów komediowych. Mimo, że dwa lata temu nastąpiło zaostrzenie przepisów i głośne kariery zostały przerwane za niewłaściwe żarty np. dotyczące służb militarnych, branża nadal się rozwija. Według danych Chińskiego Stowarzyszenia Sztuk Scenicznych (CAPA) w pierwszej połowie 2025 roku liczba występów stand-upowych zwiększyła się o 54% rok do roku, natomiast sprzedaż biletów wzrosła aż o 135%, dzięki czemu stand-up stał się drugim najpopularniejszym gatunkiem, ustępując jedynie przedstawieniom teatralnym. Czemu partia to akceptuje? Według korespondentów The Economist, partia z jednej strony widzi w branży komediowej i stand-upach sposób na pobudzenie wewnętrznej konsumpcji gospodarczej, a z drugiej ma poprzez nie wgląd w nastroje społeczne. Dodatkowo ten wspólny śmiech publiczności jest wentylem do zmniejszania społecznych napięć. Myślę, że w kraju tradycji komediowej spod znaku Laskowika, Smolenia i Barei to wyjaśnienie znajdzie zrozumienie.

Groźne, bo zabawne i prawdziwe
Trudno powiedzieć, czy Director Fang będzie gwiazdą także za rok. Być może tematyka, którą porusza zostanie ocenzurowana za wzmacnianie “antagonizmów między płciami”. Jak dotąd kobiety komiczki były tolerowane, ale w lipcu 2025 departament propagandy prowincji Zhejiang oskarżył niektóre z nich o odejście od istoty humoru i zapytał, dlaczego stand-up, który miał być sposobem na rozładowanie stresu, stał się katalizatorem prowokującym, a nawet nasilającym antagonizmy między płciami?
Cóż, równouprawnienie płci jest zgodne z partyjną myślą, ale już ruch feministyczny nie. A mówienie na głos o przemocy domowej jest feministyczne i niemile widziane.
Dziś, w czasach spadku liczby małżeństw i urodzeń, wszystko co może podważać tradycyjne podstawy chińskiego społeczeństwa jest realnym zagrożeniem dla przyszłości państwa. Rosnąca klasa średnia, łatwiej osiągalna niezależność finansowa kobiet, ich dążenie do mówienia własnym głosem i własnego szczęścia pewnie nie pomagają w “walce z” niższą dzietnością. Myślę, że władze Chin mają niezły orzech do zgryzienia, jak “w takich warunkach” utrzymać wzrost gospodarczy i stabilną przyszłość państwa.
Za Chiny Ludowe, bez kobiet po swojej stronie, go nie osiągną.
*to córeczka!
Przewijanie do góry