008 Prawdziwość

Borze jesienny, tak bardzo kusi mnie połączyć prawdziwość z prawdziwkiem, grzybobraniem, zapachem wilgotnej gleby i wylądować z tekstem w lesie. Choć to w ogóle nie będzie tekst o grzybach.
Ale sam fenomen grzybobrania jest fascynujący. Polacy wstający o świcie nie na siłownię, ale do lasu. Biorący w tym celu urlop w środku tygodnia. Fotografujący nie stylówki, ale najlepsze okazy. Za nic w świecie nieudostępniający swojej lokalizacji. Stawiający na szali życie i zdrowie bliskich, bo czy nie jest tym odsiew jadalnych grzybów od trujących? Mogą sobie na Zachodzie nie rozumieć tego zjawiska. Ich strata. Grzybobranie – ostoja polskiej wolności. Ale też znak na wciąż mocne połączenie z przyrodą, której sygnały trzeba rozpoznawać, co rusz pochylić się ku ziemi, dotknąć mchu, odgarnąć liście, zerwać a nawet pocałować co piękniejszy okaz.
Czemu tak kochamy „uroczysty obrzęd grzybobrania” poważany wśród wszystkich klas społecznych (pamiętacie grzybobranie w Panu Tadeuszu)?
Mam na to swoją hipotezę: bo jesteśmy skupieni na przeżywaniu.
CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?
Mamy nirwanę, flow*, jesteśmy w transie, medytacji, głębokiej relaksacji. Można nazwać zgodnie ze swoją filozofią. Jest nam w głowie lekko. Doświadczamy czegoś bardzo namacalnego, odbieranego wszystkimi zmysłami, czegoś prawdziwego.
W lesie nikt nie podsuwa nam kolejnego prawdziwka na podstawie analizy naszych wcześniejszych wyborów. Nie ma rekomendacji, personalizacji ani przewijania. Trzeba samemu patrzeć, szukać, rozpoznawać. A przede wszystkim być uważnym na sygnały i za nimi podążać. I może właśnie to jest dziś tak niezwykłe.
Zdjęcia z mojej grupy rodzinnej
Ale wyjdźmy z prawdziwego lasu i wejdźmy do Internetu. Choć dziś po prostu w nim jesteśmy, bez aktu wchodzenia jak za dawnych czasów. A z nami jest w nim praca, lodówka, lekarz, sąsiedzi z osiedlowego forum na FB, sprawy błahe i najważniejsze.
Ostatnio pisałam o lepkości cyfrowych bytów, które kolonizują nasze myśli i uwagę. Te wszystkie powiadomienia, rolki, posty wymagające reakcji. Ale też strumienie wiadomości, które wskazują, o czym teraz mówić, czym się bulwersować i na jaki temat mieć opinię.
Ilość komunikatów to tylko pierwsza warstwa gęstwiny. Druga to ich jakość. W świecie algorytmów nie do końca sami wybieramy, co czytamy, oglądamy i czego słuchamy. Wraz z upowszechnieniem używania generatywnej sztucznej inteligencji, coraz częściej dociera do nas treść już wielokrotnie przetworzona, fragmentaryczna.
Jakoś przypomina ludzką twórczość, ale jest w formie przemielonej, pozbawionej indywidualnego charakteru. Czasem pokracznej i połamanej jak język głośnego raportu o Polakach, głęboko zakorzenionych w historii sufferingu. A czasem gładkiej i zbyt idealnej, jak grafiki wygenerowane przez AI.
Kiedyś był SPAM – mielonka**. Dziś mamy AI slop – z angielskiego pomyje, zlewki, breję. Treść łatwą w konsumpcji, ale taką, którą coraz trudniej się nakarmić.
Temu sztucznemu przetworzeniu ulega język, obraz, muzyka. I nie, nie mam na myśli intrygujących i ciekawych rzeczy, w których AI było po prostu narzędziem. Mam na myśli coś, co ma oznaki twórczości, brzmi jak twórczość, a jednak czegoś jej brakuje. Nie zawsze potrafimy wskazać czego. Może indywidualnego doświadczenia, może intencji, może tego szczególnego śladu człowieka, który sprawia, że coś nas zatrzymuje i porusza.
Coraz częściej dostrzegam oznaki irytacji i zmęczenia tymi cyfrowymi potworkami. I mam na myśli coś więcej niż punktowanie „to pisało AI!!! użyłeś za długiego — myślnika”. Obserwuję, że zaczynamy mieć dość treści, łatwej do skonsumowania jak papka, bez szczególnych walorów smakowych. Wygodnie jest mieć fast food jako opcję, ale trudno żywić się nim codziennie. W końcu jesteśmy tym, czym się karmimy.
Myślę, że jesteśmy spragnieni nie tyle doskonałości, ile prawdziwości. Tego, za czym stoi czyjeś doświadczenie, wrażliwość i historia. Nawet jeśli efekt nie jest doskonały. A może zwłaszcza, jeśli efekt nie jest doskonały. Czegoś, co nie powstało wyłącznie po to, żeby zatrzymać naszą uwagę na kolejne trzy sekundy, ale ma znaczenie dla tego, kto to stworzył i może mieć znaczenie także dla nas.
I uważam, że powinniśmy dziś świadomie szukać takich doświadczeń. Nie tylko po to, żeby było nam przyjemniej. Także po to, żeby nie stracić punktu odniesienia. Bo jeśli zapomnimy, jak smakuje coś prawdziwego, skąd będziemy wiedzieć, że karmią nas syntetycznym zamiennikiem?
Zachęcam, aby wyłapywać chwile, w których coś Was porusza. Żeby zwracać uwagę na ludzkie doświadczenie, intencję i komunikat. Na te momenty, kiedy myślicie: „To mnie dotknęło”. Egzaltacja ludzkim działaniem pożądana.
Dziś pielęgnowanie w sobie zachwytów to pielęgnowanie wrażliwości. Im lepiej rozpoznajemy to, co naprawdę nas porusza, tym trudniej zadowolić nas byle czym. I tym trudniej oddać komuś innemu prawo decydowania, na co warto patrzeć, czego słuchać i w co się angażować.
W tym sensie zachwyt, a szerzej mówiąc wewnętrzne poruszenie może być dzisiaj formą obrony własnej wolności. I jedną z najbardziej ludzkich cech.
A grzybobranie? Cóż. Nie wszystko, co wartościowe, da się wygenerować. Niektóre rzeczy trzeba samemu znaleźć.
Bardzo jestem ciekawa, co Was ostatnio poruszyło? Będę zaszczycona, jeśli będziecie chcieli podzielić się swoimi przeżyciami. Zdjęcia prawdziwków również mile widziane.
Czekam pod mailem piwkowska.m@gmail.com

Wszystkiego dobrego, Drodzy!

Magda
PS A moja osobista ostatnia egzaltacja to wykład prof. Tadeusza Gadacza „O myśleniu w czasach bezmyślności” na inauguracji Insummitu. Oprócz treści miał w sobie niezwykłe walory precyzyjnego formułowania myśli, indywidualnego języka i pięknej polszczyzny. Pamiętacie z wykładu słowo DOBROMYŚLNOŚĆ? Już dawno nikt tak do mnie nie mówił…
Insummit 2026, Prof. Tadeusz Gadacz na wykładzie „O myśleniu w czasach bezmyślności”, fot. PTBRiO. Jeśli jesteście członkami i członkiniami PTBRiO a nie mogliście posłuchać tego wykładu, to będzie on wkrótce dostępny w Bazie wiedzy www.ptbrio.pl/baza-wiedzy/
* to może być potocznie rozumiany flow, a może być ten akademicko zdefiniowany przez Mihalya Csikszentmihalyiego, czyli stan optymalnego doświadczenia, w którym człowiek zatapia się w wykonywanej czynności (jest to najwyżej pożądany stan w pracy, ale doświadczać go można w każdej sferze życia, także rekreacji).
**Z naszego poletka zawodowego marek FMCG – SPAM to marka amerykańskiej konserwy mięsnej produkowanej od 1937 r. przez firmę Hormel Foods. Przeniesienie jej nazwy do świata cyfrowego ma korzenie w skeczu Monty Pythona z 1970, w którym bohaterowie – goście restauracji narzekają, że każde danie zawiera SPAM. Grupa wikingów ze stolika obok nieustannie wykrzykuje i śpiewa SPAM, zagłuszając wszystko i utrudniając komunikację.
Przewijanie do góry